wtorek, 10 czerwiec 2008

Kubica, Niemcy i cala reszta

Drogi Wojtku,

jak pewnie wiesz, Formuła 1 to moja pasja od ćwierć wieku. Od tego momentu kiedy to w moje ręce wpadła fascynująca książka Niny Lengyel "Formuła 1. Legenda i rzeczywistość". To był także moment, w którym mogłem zobaczyć na własne oczy i poczuć na czym może polegać profesjonalne dziennikarstwo. Mając "naście" lat tworzyłem przed oczami wspaniałe obrazy wygrywających wyścigi mistrzów Formuły 1 jak: Niki Lauda, Mario Andretti, Jackie Stewart, Keke Rosberg, Alain Prost czy Ayrton Senna. Mogłem przeżywać razem z nimi ich dramaty i chwile chwały. Patrzeć swoimi oczami na to co działo się na torze i na paddocku.

To były lata kiedy polska telewizja nie transmitowała jeszcze wyścigów i całego tego cyrku, który kręcił się dzięki wielkiemu biznesowi. Był to element obcy ustrojowo. I wówczas nastolatek prędzej mógł pomarzyć, że padnie ustrój "powszechnej szczęśliwości i sprawiedliwości społecznej", który próbował tworzyć nowego człowieka, niż to że człowiek zza "żelaznej kurtyny" będzie święcił tryumfy w tym sporcie.
Co też się stało.

W takich chwilach lubię zastanawiać się, co takiego czeka nas za kilka-kilkanaście lat. Co takiego dziś wydaje się jeszcze mało realne, a już wkrótce zacznie się spełniać?

Podczas gdy polska reprezentacja w piłce nożnej obrywa kolejne baty a Polacy od lat wierzą, że wreszcie im się uda, jedyne co może mi się w tym podobać to sposób myślenia Leo Beenhakkera. Gdy eksperci przebąkiwali coś o wygraniu jednego czy dwóch meczów, trener powiedział: "jeśli ktoś nie wierzy że możemy wygrać te mistrzostwa, niech zostanie w kraju, bo nie ma sensu jego udział". Rewelacja!

I to w dobie narzekactwa, które już może być polskim towarem eksportowym. Widziałem ostatnio w kinie jakiś francuski film, którego główny bohater ciągle narzekał, szukał problemów i był beznadziejny. Wspomnieli nawet o polskim hydrauliku, więc polskie korzenie stereotypów w filmie są bardziej niż ewidentne. I to wszystko przez pomyłkę - myślałem że to będzie komedia romantyczna.

Co to ma wspólnego z negocjacjami?

Wspominamy czasem, że najczęstsze negocjacje to te które dokonujemy sami ze sobą. Chętnie podpiszę się pod twierdzeniem, że odpowiednie podejście załatwia wszystko. Gdy prowadziliśmy w Poznaniu wykład inauguracyjny podczas Dni Negocjacji na Akademii Ekonomicznej, mówiliśmy właśnie o podejściu. Półtorej godziny. I dostaliśmy mnóstwo maili z podziękowaniami: "za otwarcie oczu", "za założenie różowych okularów", "za pokazanie czegoś zupełnie nowego". A my po prostu pokazywaliśmy, że można z uśmiechem i na luzie poprowadzić klienta przez cały proces, tak by był zadowolony i mógł cieszyć się z nawiązanej właśnie relacji.

Kiedy oglądałem mecz Polski z Niemcami to przecierałem oczy ze zdumienia. Widziałem grę Polaków, która mogła się podobać. Prawie jak w 1982 roku na MŚ w Hiszpanii. Widziałem długie, precyzyjne podania na skrzydła, mimo że można było przez lata przywyknąć do nudnych ataków środkiem boiska. Leo dokonał cudu. Czy byłoby to możliwe bez jego podejścia? Może tak, może nie. Tak jest łatwiej. Gdy wierzy że mu się uda, to znajdzie w końcu potwierdzenie swojej rzeczywistości.

Podchodząc jeszcze z dystansem do piłki nożnej, z dziką satysfakcją oglądałem pierwsze zwycięskie GP Roberta Kubicy. Cieszyłem się jak dziecko, które wreszcie doczekało się spełnienia swych marzeń. Polak na najwyższym stopniu podium Formuły 1. Mazurek Dąbrowskiego, który w chwilach zwycięstw brzmi najpiękniej na świecie. Warto było na to wszystko czekać. Udało się!