poniedziałek, 5 maj 2008

Hel i okolice

Witaj Igorze

Dziś będzie nietypowo, bo o negocjacjach tylko trochę a więcej o polityce i politykach.

„Michałku, jak się ludzie nie będą ciebie bali to się będą z ciebie śmiali” mówił ojciec do Małego Rycerza z sienkiewiczowskiej trylogii. Jakoś przypomniał mi się ten cytat, gdy zastanawiałem się nad słowami innego, też zresztą nikczemnej postury faceta, który rzucił na kolana całą, współczesną sobie, Europę.

Cesarz Francuzów Napoleon miał ponoć powiedzieć kiedyś „To więcej niż zbrodnia, to błąd”. Słowa te przyszły mi do głowy, gdy śledziłem losy, najpierw negocjacji traktatu lizbońskiego a później jego polskiej ratyfikacji.

Mając do dyspozycji wyłącznie tylko informacje pochodzące z prasy, telewizji i internetu (czy zauważyłeś, że Word, sam z siebie, poprawia pisownię słowa internet z małej litery na wielką?), oglądając kolejną odsłonę ratyfikacyjnej telenoweli, w której to Pan Premier mówi o tym czego na Helu z Panem Prezydentem nie uzgodnił, przypomniał mi się, w sumie mało nawet śmieszny, ale doskonale do sytuacji pasujący dowcip.

Brzmiało to mniej więcej tak:

Spotyka się dwóch znajomych. Jeden opowiada drugiemu, że oglądał na DVD western, którego główny bohater, w kulminacyjnej scenie pościgu, zwala się ze swoim wiernym koniem w przepaść i ginie. I że ten finał bardzo go zadziwił i nawet skonsternował.

Na to drugi z mężczyzn nieśmiało zauważa, że już kiedyś, razem w kinie ten film oglądali. Pierwszy odpowiedział:

-- No właśnie, skoro już raz tak się to dla niego źle skończyło, to nie sądziłem, że zrobi dokładnie tak samo za drugim razem.

Dokładnie tak samo, ja nie sądziłem, że Pan Prezydent da się dwa razy na ten sam numer nabrać. Najpierw francuzom podczas negocjowania warunków odstąpienia od bardzo korzystnego dla Polski systemu pierwiastkowego, a później Panu Premierowi na Helu.

Na czym ten, aż strach mówić jak bardzo kardynalny błąd, polegał?

A otóż na braku zapisanych ze spotkania ustaleń.

Braku jasno sprecyzowanych, wcześniej wynegocjowanych ustaleń, podpisanych przez obie strony na koniec, do których w razie późniejszych nieporozumień, można się w jasny, czytelny i oczywisty sposób odwołać. Takiego podsumowania, że zebrani w miejscu i czasie, uzgodnili następujące rzeczy, które dokładnie znaczą to i to i że obie układające się strony zobowiązują się wcielać te zobowiązania w życie w ściśle określonym terminie.

Genialny historyk, Paweł Jasienica, który zawsze był pod prąd obowiązującym nurtom, pisał w jednej ze swoich książek, że o geniuszu władcy świadczy nie tylko to, jaką jest on osobą, ale przede wszystkim to, jakimi potrafi otaczać się ludźmi, na których, mówiąc całkiem współcześnie, deleguje swoje obowiązki a często i odpowiedzialność.

Śmiało i otwarcie można powiedzieć, że negocjacyjni doradcy prezydenta całkowicie zawiedli i to dwa razy, popełniając ten sam błąd. Już za pierwszym razem trudno było powiedzieć „nic to”, bo blamaż był ogólnoeuropejski i kompletny, gdy okazało się, że jednak, wbrew odtrąbionemu wszem i wobec zwycięstwu, mechanizmu z Joaniny nie będzie w traktacie. Wtedy partnerzy negocjacyjni z EU pozwolili wyjść Panu Prezydentowi z pozorami klasy, dołączając mechanizm z Joaniny do innych ustaleń, żeby nie antagonizować sobie Polski. Bo to przewidujący ludzie i na negocjacjach zęby zjedli i wiedzą, że zawsze trzeba umożliwić drugiej stronie zachowanie twarzy.

Nie sadzę jednak, aby doradcy i partyjni koledzy Pana Premiera zachowali się w sposób podobny. Po dzisiejszym wywiadzie z P. Premierem w TVN24 i internetowych komentarzach jasnym jest jedno: wszystko, co nie zostało zapisane podczas sławnego spotkania na Helu zostanie przeciwko P. Prezydentowi użyte i wykorzystane do osłabienia pozycji głowy państwa.

Ostatecznie kolejne wybory prezydenckie już niedługo.

(za portalem www.wp.pl -- http://wiadomosci.wp.pl/kat,9251,wid,9919229,wiadomosc.html ):

„Treść ustawy kompetencyjnej nie była przedmiotem ustaleń; bo nikt tego nie ukrywał, przecież także prezydent i wszyscy byli tego świadomi, że tak naprawdę w Juracie prezydent szukał wyjścia z tego zaułka, w który został wpędzony trochę własnym orędziem, a trochę działalnością swojego brata i jego partii” - powiedział Tusk w poniedziałek rano w TVN24 i drugi michałek budujący przyszły kontekst dyskusji:

„Niezależnie od tego, że prezydent i były premier są do siebie bardzo podobni, dokładnie wiem z kim rozmawiałem w Juracie i to był z całą pewnością prezydent - dodał premier.”

I jeszcze

"Premier podkreślił, że dzień po spotkaniu na Helu bardzo szczegółowo zreferował na konferencji prasowej ustalenia spotkania z prezydentem i - jak zaznaczył - mimo że minęło wiele tygodni, "nikt tego nie kwestionował" -- (lingwistyczne tworzenie punktów referencyjnych w przeszłości, które same w sobie mają świadczyć o prawdziwości stwierdzenia a nic naprawdę nie wnoszą do dyskusji)

oraz

„Przekazałem do Prezydium Sejmu, zgodnie z moim zobowiązaniem, założenia, taki projekt ustawy, który z punktu widzenia rządu i prawników rządu byłby optymalny”

A na koniec jakże oczywiste uzasadnienie, gdyby komuś jednak przyszło do głowy nie podążyć tokiem myślenia P. Premiera

„Chciałbym jeszcze raz zwrócić państwa uwagę, że wtedy, kiedy prezydent Lech Kaczyński zmieniał ustalenia, które zapadły w kraju, dotyczące np. sposobu ważenia głosów w przyszłym Traktacie Lizbońskim, to nikt w PiS - mimo uchwały sejmowej - nie podnosił krzyku i alarmu, że Lech Kaczyński prowadzi zbyt samodzielną politykę, mimo że odstąpiono na tym spotkaniu od korzystnego zapisu dla Polski” - dodał Tusk

Akurat te ostatnie słowa P. Premiera majstersztykiem PR-owskim nie są, ponieważ mogą wzbudzać wątpliwości, co do prawdziwości wszystkiego tego, co wcześniej mówił Premier na temat ustaleń, których nie było. Podejrzewam, że Premier miał na myśli coś innego, kiedy to mówił.

Nie mniej jednak niektórzy, mogą dopatrywać się w tym samousprawiedliwienia się Premiera, czyli tak czy inaczej, indywidualnej racjonalizacji, likwidującej dysonans poznawczy pomiędzy stanem sytuacji opisanym a rzeczywistym. Prościej premier sam się przed sobą (bo to dobry, uczciwy i dbający o naród człowiek) usprawiedliwia z tego, że wybiórczo mówi o faktach (eufemizm). Złośliwy przeciwnik polityczny mógłby rzec „czyżby jakieś poczucie winy za oszukiwanie głowy państwa, którą samemu chce się zostać?”

Jakby to ujął Kmicic „ do wielkoludów Pan Prezydent nie należy” i wcale nie chodzi o to, by się go bać. Chodzi o to, aby on sam a przede wszystkim jego doradcy, których rzeczy po imieniu nazywając, psim obowiązkiem jest służenie mu radą i pomocą, pozwolili nam go szanować.

Żeby nie popełniali tak prostych błędów, a przede wszystkim niech ich nie popełniają powtórnie. Pora zacząć się uczyć podstaw albo odejść żeby ujmy nie przynosić osobie, która obdarzyła ich zaufaniem.

Oczywiście są chlubne wyjątki, jak autor ostatniego orędzia prezydenckiego. On przynajmniej się uczy i zostawiając zupełnie na boku antypatie i sympatie polityczne, można powiedzieć -- doskonała robota.

Że nie prawda???

O sile wymowy tego orędzia niech świadczy gwałtowność, z którą zarówno prezydent jak i twórca orędzia został zaatakowany. Szczególnie przez media. Jedna z codziennych gazet tak bardzo próbowała obniżyć wartość tego przekazu i zdewaluować je w oczach opinii, że dwa artykuły dotyczące orędzia ozdobiła zdjęciami prezydenta z innego wystąpienia .

Tego, z którego śmiała się cała Polska, bo po raz kolejny doradcy prezydenta błysnęli i posadzili go w najdziwniejszej pozycji na świecie, w której wyglądał jak wyglądał.

Zdjęcie, którego użyła gazeta nie miało nic wspólnego z wystąpieniem, o którym mówił artykuł, ale to przecież prezydent stosował triki socjotechniczne i manipulacyjne, bo dlaczego miałby to robić związany z niemiecki kapitałem ogólnopolski opiniotwórczy dziennik?

Z jeszcze innej strony, gdybym już dokumentnie zdewaluował wartość człowieka i stanowiska to czy na pewno chciałbym je potem zajmować.

Ja nie, a Pan Premier jak uważa. Też ma przecież doradców, którzy aż piszczą żeby błysnąć.

I już widzę jak zwijasz się ze smiechu, gdy to ja mówie o konieczności szanowania pewnych autorytetów.

Wojtek

P.S. Pomyśl jak dziwne jest zaangażowanie P. Eryka Mistewicza, jak o nim piszą specjalisty od kreowania wizerunków i konsultanta politycznego, w wyjaśnianiu wszystkim dookoła, co miały podczas oredzia Premiera symbolizować Twojej i mojej podświadomości, tak przedziwnie ułożone ręce Premiera.
Ciekawe co się za tym kryje?

No chyba że Ty też tłumaczysz swoje metafory.
w.